Sekcja Wspinaczkowa KW Katowice
Oficjalna Strona Sekcji Wspinaczkowej KW Katowice
Klub Wysokogórski Katowice
Pakernia KW Katowice
Oficjalna Strona Sekcji Wspinaczkowej KW Katowice
Klub Wysokogórski w Katowicach wspiera NASZE SKAŁY
Klub Wysokogórski
W Katowicach
ul. 3 Maja 11
40-096 Katowice

tel.: +48 32 206 23 40

Osp- ostateczne starcie.

dodał: lukasz dnia 14.08.2017
News >>

 

Praca reportera śledczego nie jest łatwa. Musisz palić dużo papierosów, i słuchać wielu, zwykle nieprawdziwych opowieści, udając zainteresowanie. A wszystko po to, żeby złapać dobry temat. A jak złapiesz to nie puszczasz, to najważniejsze.

 

Mówiło się o tym od dawna. Tak, ja też o tym słyszałem, powiedział Przemek, choć dość nieśmiało. To wisiało w powietrzu. Nieśmiało krążyło między drobinami magnezji i cząsteczkami azotu. Niby nic, a jednak powodowało napięcie mięśni. Jak powiedział Przemek, nagle, z dnia na dzień BCAA przestało pomagać. Nie, no, nie aż tak, żeby przestać jeść…ale jednak coś ważnego się zmieniło.

 

A z tym dzikiem nie ma żartów…

 

 

Magda nie chciała komentować sprawy, ale widziałem, że moje pytania wprawiają ją w zakłopotanie. Zasłaniała się Łatą, co jak wiemy, jest równie trudne co schowanie 3 ziarenek słonecznika w chomiczych policzkach. Nie mogła się zdecydować, ale wiadomo, odczuła to mocno. W końcu bliźniak.

 

Magda nie chciała komentować sprawy, ale widziałem, że moje pytania wprawiają ją w zakłopotanie. Zasłaniała się Łatą, co jak wiemy, jest równie trudne co schowanie 3 ziarenek słonecznika w chomiczych policzkach. Nie mogła się zdecydować, ale wiadomo, odczuła to mocno. W końcu bliźniak.

 

Trener nie bliźniak, wiec wzruszał ramionami i podśmiewywał się pod nosem. On wie, że odrobina niezdowej rywalizacji jest jak alkohol, może wszystkim wyjść na zdrowie, choć ktoś może złapać kontuzję w trakcie. Trenejro nie potrafił jednak ukryć swojego zadowolenia przed moim czujnym okiem. Nie wysilał się nawet, żeby zdementować plotki o tym, że specjalnie sabotował jego treningi bo zaczął powtarzać trenerskie obwody. Niektórzy posuwali za daleko sugerując, że przynosił specjalnie zarazki od córki aby osłabić rywala. Ja jednak z pewnych źródeł wiem, że ograniczał się do przyzwoitej szydery z karłów, która godzić miała w rozbujałe ego czempiona.

 

A propos czempionów, ten ciekawy fakt potwierdziła ponad wszelką wątpliwość Ola, jej mąż wprowadził poważne zmiany w diecie. Nie tylko zwiększył porcję BCAA, ale także kupował codziennie 2 a nie jeden serek biały. Najpierw myślałam, że to nowa promocja w Piotrze i Pawle, ale później przestał jeść Lobo i przynosił do domu tylko Czempiony, mimo, że droższe – dziwiła się Ola.

 

A na co dzień niby dalej kumple. Olek i Wojtek, Wojtek i Olek. Te same gejowskie żarty z Łaty. Niby nic nowego. Niby nic, a jednak. Wojtek opadał z sił. Olek nie mógł przepuścić tej okazji. Ja, osobiście, mu się nie dziwię; ile można być w cieniu mniejszego? Naoglądał się skubany Gry o Tron i też postanowił usunąć karła. Rękawicy jeszcze nikt nie rzucił, ale jak mówię wisiała ona w powietrzu. Jak balon, no wiecie, jakby ktoś nadmuchał rękawiczkę jednorazową. Wojtek, dopiero co uwolniony spod cienia Kukuczki, nie zamierzał wpadać w kolejny tak szybko. Zmienił nawet grupy „bo mu bardziej pasowało czasowo”.

 

Można kręcić słowami, ba, nowe chwyty i przekręcać , ale dla wszystkich stało się jasne, że Pakernia stała się za mała. Największe starcie jakie widział świat od walki Songo z Frazerem potrzebowała większej areny. Dwójka zainteresowanych ustaliła już dawno, że załatwią to na początku sezonu, już na majówkę. Pytanie tylko gdzie… pomimo namów prezesa nie wystarczyła na nią nawet salka B. Nie mogło być mowy o Symetrii chociaż gryps lał się gęsto.

 

Najbardziej zainteresowanym było to właściwie obojętne. Olek proponował Osp. Zna już kilka dróg, pogoda jest też pewna. Nic nie mogło mu odebrać jego zwycięstwa. Ja próbowałem namówić ich na walkę na śmierć i życie w niemieckim Franken, ale kto by tam słuchał moich egoistycznych preferencji. Godzina, za godziną, piwo za piwem i opozycja pomału się łamała. Podobnie jak zresztą pogoda, którą wywołał podobno Olek kolejnym paktem z Belzebubem.

 

Dokonało się, nie tylko zmusił nas do wyprawy do Ospu, lecz jeszcze zepsuł pogodę wszędzie indziej aby jak najwięcej osób było świadkiem jego triumfu. Ego było takie wielkie, że musieliśmy się wybrać na 2 auta, mimo że wszyscy wiemy jak Wąski lubi jeździć w bagażniku.

 

Road trip!

 

 

Już pierwszego dnia Olek rozprawił się, flashem z Maćkowym klasykiem, niejakim Jonathanem Lovingstonem(7a). Nie zatrzymało go nawet słynne Mibranko(6c) kilka dróg po lewej. To było jednak za mało, żeby powstrzymać Wąskiego, choć i tak za dużo jak dla Przema, który o dziwo robił wszystkie długie ruchy i spadał z krótkich. Niby Piotrek (czyli ja) też sflashowal Johnatana ale na Mibranko zupełnie go pogięło.

 

Następnego dnia padła od strzała Tortuga (7b), która jednak dla ludzi nie będących Olkiem miała stać się jednak świadkiem wielu dramatycznych prób. To złamało Wąskiego.

 

Następnie Olo zamiótł też moje sny o potędze (gdyż mi również udało się zfleszować Johnatana) prowadząc Durango(7b+), pewnie dlatego, ze jako jedyny z grupy nigdy się w butach Durango nie wspinał… Ja już miałem się nie wtrącać. Tak dla pewności w ostatni dzień poprowadził jeszcze Runo (kolejne 7b+).

 

Jakby tego było mało to nawet Przemek w końcu zrobił Tortugę (7b), która poddała się jego jego stalowym mięśniom tylko, żeby zrobić Wąskiemu na złość. On w rewanżu naprawdę się zezłościł i powiedział, że już nigdy nie zje żadnego żółwia.

 

Bez porcji twardego białka zostało mu łojenie na poziomie niżej razem ze mną. Co przyjąłem gorliwie, mogąc obserwować pogłębiający się upadek morale i rozwój choroby alkoholowej kolegi. Padło nam jakieś Figę (7b),Kindergarden (7a+) [Olek też], Sreca vrtnice (7a+)i Danger Zone (7a), ale skończyło się rumakowanie zanim na dobre zaczęło i nie pomogło mu zrobienie Rodeo (7a). Nie wyglądał już na kowboja bardziej niż Przemek. Wiadomo, nie po to tu przyjechał. Zresztą, wcale nie przyjechał, Olek go przywiózł. Co poradzić, choroba ani przyjaciele nie wybierają, nie są wybredni, chcą tylko Twojego cierpienia.

 

 

 

 

Rozmyślania nad następnymi projektami były wyjątkowo wyczerpujące

 

Na szczęście przyjaciele w odróżnieniu od choroby i słabości potrafią pomóc Ci głupimi żartami właśnie przetrwać jakiekolwiek cierpienie. I nie oszukujmy się, że cierpienie uszlachetnia. Wręcz przeciwnie, zatem zawsze jedź w skały z ludzmi który ufasz. Ufasz, że jak tylko nadaży się okazja to Cie wyśmieją, żebyś znał swoje miejsce. Czasem też pogratulują z zazdrością. Najważniejsze to jednak, żeby dobrze się bawić, a to sponsorowała polska wódka, domowe istryjskie wino i głupie poczucie humoru wszystkich uczestników wyprawy.

 

Specjalne uznania należą się też oczywiście Daliborce, czyli naszej gospodyni w Koprze, Światowemu Konfliktowi, przy którym każdy mógł poczuć się potężny jak Putin na białym misiu oraz wizycie w Wenecji, która mimo rzeszy turystów wciąż robiła świetne wrażenie. Wrażenie, choć mniejsze to jednak chyba jeszcze bardziej pozytywne zrobiła na nas Ljubliana, któą wszyscy bardzo zgodnie się zauroczyli. Oczywiście w samym rejonie polecamy nie tylko Misję Pec, ale także zbieranie szparagów w lesie oraz wizytę w fabryce czekolady w Gorizii (Witors Fondente Senza Olio di Palma Wielkim Pogromcą Nutelli i basta!)

 

Pedalskie zapędy w ekipie skutecznie hamowała obecność dwóch pięknych reprezentantek KW Katowice, które dzielnie reprezentowały siebie i swój Klub, nico mniej przejmując się starciem męza z bratem. Nie powstrzyma jednak ich urok przed przypomnieniem nam wszystkim, że z tej całej słabej ekipy wciąż największą szemraną cyfrę na Łeście dzierży Łata. Do buły, dziękuję i dobranoc.

 

 

 

 

cofnij

komentarze:

Nie odnaleziono

dodaj komentarz